Lekcje ludzi z długim życiem

W 2004 roku Karl Pillemer, socjolog z Cornell University, rozpoczął projekt, który z pozoru nie miał w sobie nic szczególnie spektakularnego. Zamiast badać kolejną grupę młodych ludzi i pytać ich o plany na przyszłość, zaczął rozmawiać z osobami, które miały już za sobą większość życia.

Spotykał ludzi po siedemdziesiątce, osiemdziesiątce i dziewięćdziesiątce. Byli wśród nich ludzie bogaci i biedni, zadowoleni z życia i rozczarowani nim, małżeństwa z kilkudziesięcioletnim stażem, rozwodnicy, przedsiębiorcy, nauczyciele, robotnicy i emeryci. Pillemera interesowało jedno: czego człowiek dowiaduje się o życiu dopiero wtedy, gdy ma już wystarczająco dużo czasu, żeby zobaczyć je z dystansu.

W ich odpowiedziach wracał temat, którego trudno się pozbyć, kiedy zacznie się o nim myśleć. Żal.

Nie chodziło jednak zwykle o wielkie katastrofy. Ludzie rzadko opowiadali z największym bólem o egzaminie oblanym pół wieku wcześniej, nietrafionej inwestycji albo związku, który się rozpadł. Znacznie częściej wracali do czasu straconego na martwienie się, do relacji pozostawionych bez opieki i do rzeczy, które latami odkładali, aż w końcu przestały być możliwe.

W młodości życie ma dziwną właściwość: wydaje się zasobem niemal odnawialnym. Jeśli czegoś nie zrobimy dziś, zrobimy to później. Podróż można przesunąć na przyszły rok, zmianę pracy na następny etap kariery, telefon do ojca na weekend. Każda z tych decyzji osobno wydaje się całkowicie rozsądna. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy „później” staje się stałym sposobem życia.

Przyszły człowiek, którego nosimy w głowie, jest przy tym wyjątkowo sprawną postacią. Będzie czytał więcej książek, nauczy się języka, wróci do biegania, odwiedzi miejsca, które od lat zapisuje na mapie, częściej zadzwoni do rodziców i wreszcie zajmie się pomysłem, który od dawna chodzi mu po głowie.

Tyle że kiedy przyszłość w końcu nadchodzi, ten lepiej zorganizowany człowiek się nie pojawia. Nadal jesteśmy sobą, tylko kilka miesięcy albo kilka lat starszymi. Wciąż mamy pracę, obowiązki, zmęczenie i rzeczy, które wydają się pilniejsze.

Psychologia dobrze zna ten mechanizm. Jednym z jego elementów jest dyskontowanie przyszłości: to, co dostępne dziś, odczuwamy jako bardziej realne i wartościowe niż to, co ma wydarzyć się za rok. Dlatego tak łatwo wybieramy małą wygodę teraz zamiast większej korzyści później.

Jeszcze ciekawszy jest jednak koszt rzeczy, których nie zrobiliśmy.

Kiedy kupujemy drogi samochód, cena jest oczywista. Widzimy ją na fakturze i na koncie. Gdy rezygnujemy z wyjazdu z przyjacielem, nie pojawia się żaden rachunek. Pieniądze zostają, dzień mija spokojnie, nic złego się nie wydarza. Strata jest niemal niewidoczna.

Być może właśnie dlatego tak łatwo ją przeoczyć.

Możliwości mają swój czas

Wyobraźmy sobie człowieka mającego 31 lat. Jest zdrowy, pracuje, zarabia przyzwoicie, ma kilku bliskich znajomych. Chciałby jeszcze podróżować, dobrze nauczyć się obcego języka, może spróbować czegoś własnego zawodowo. Myśli, że kiedyś chciałby mieć rodzinę.

Gdyby usłyszał, że ma przed sobą pięćdziesiąt lat życia, prawdopodobnie uznałby to za ogrom czasu. I miałby rację. Problem w tym, że życie nie składa się z pięćdziesięciu identycznych lat.

Są okresy, kiedy można w piątek kupić bilet i w sobotę pojechać gdzieś ze znajomymi. Kilka lat później ktoś ma dzieci, ktoś przeprowadza się do innego miasta, ktoś zaczyna opiekować się rodzicami, a komuś innemu coraz trudniej wyrwać się z pracy na dłużej niż weekend. Nadal można podróżować, ale nie jest to już dokładnie ten sam rodzaj podróży.

Podobnie jest z ludźmi. Przez pewien czas możemy zadzwonić do dziadków i zapytać ich o rzeczy, które zaczynają nas interesować dopiero wtedy, gdy dorastamy. Później może się okazać, że pytań wciąż przybywa, ale nie ma już komu ich zadać.

Zmienia się również ciało. Można być aktywnym po sześćdziesiątce i po siedemdziesiątce, czasem nawet bardziej niż wielu trzydziestolatków. Nie chodzi o biologiczny determinizm ani o przekonanie, że młodość jest jedynym momentem na życie. Chodzi raczej o to, że różne doświadczenia mają swoje najlepsze sezony.

Bill Perkins, amerykański przedsiębiorca i autor książki Die With Zero, doszedł do podobnego wniosku przez własne doświadczenie. Gdy był młody i mieszkał w Nowym Jorku, jeden z jego współlokatorów postanowił rzucić pracę i wyjechać na kilka miesięcy do Europy. Perkins uznał ten pomysł za nierozsądny. Sam pracował, oszczędzał i budował karierę, podczas gdy kolega zamierzał wydać większość pieniędzy na podróż.

Z finansowego punktu widzenia to Perkins zachowywał się odpowiedzialniej. Dopiero wiele lat później zaczął patrzeć na tę historię inaczej.

Jego kolega kupił doświadczenie, którego nie dało się później odtworzyć większym budżetem. Chodziło o podróż po Europie jako młody człowiek, bez większych zobowiązań, bez wysokich wymagań dotyczących komfortu, z ludźmi znajdującymi się na podobnym etapie życia. Perkins mógł pojechać do Europy później i spać w znacznie lepszych hotelach, ale nie mógł kupić dokładnie tamtej wersji podróży.

To chyba jedna z mniej wygodnych prawd dorosłości. Wiele możliwości nie znika całkowicie, ale z czasem zmienia swoją formę.

Dlatego hasło „żyj tak, jakby jutra miało nie być” jest równie efektowne, co mało użyteczne. Gdybyśmy naprawdę w nie uwierzyli, przestalibyśmy odkładać pieniądze, chodzić do dentysty i podejmować decyzje, których sens ujawnia się dopiero po latach.

Przygotowanie do życia i samo życie

Przyszłość istnieje i warto się do niej przygotowywać.

Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy przygotowanie do życia zaczyna wypierać samo życie.

Można przez dwadzieścia lat budować bezpieczeństwo finansowe, a później odkryć, że wprawdzie mamy pieniądze, ale ludzie, z którymi chcieliśmy je wydawać, są już w zupełnie innym miejscu. Można odkładać podróże do momentu, kiedy będzie nas stać na wszystko, i dopiero wtedy zauważyć, że najbardziej zapamiętaliśmy te wyjazdy, podczas których nie było nas stać prawie na nic.

Często zresztą nie chodzi o wielkie decyzje. Bardziej o telefon, którego nie wykonaliśmy, spotkanie przesuwane przez kolejne tygodnie, rozmowę, na którą nigdy nie było odpowiedniego dnia, albo rzecz, w której chcielibyśmy być początkujący, ale wciąż czekamy, aż poczujemy się gotowi.

Większość z nich naprawdę można zrobić później.

Tyle że później nie zawsze będziemy już dokładnie tym samym człowiekiem.

W rozmowach Pillemera ciekawe było to, jak zwyczajne były rady ludzi, którzy przeżyli niemal całe życie. Nie mówili, żeby porzucić wszystko i wyjechać na drugi koniec świata. Częściej powtarzali, żeby nie tracić tylu lat na zamartwianie się, nie pozostawać zbyt długo w sytuacjach, o których od dawna wiemy, że są złe, i bardziej dbać o ludzi, zanim zaczniemy traktować ich obecność jako coś oczywistego.

Być może po dziewięćdziesięciu latach właśnie zwyczajne rzeczy okazują się największe.

Od czasu do czasu warto więc spojrzeć na własne życie z perspektywy człowieka znacznie starszego od nas. Nie pytać, co powinniśmy zrobić „ze swoim życiem”, bo to pytanie jest na tyle wielkie, że łatwo nic z nim nie zrobić.

Ciekawsze jest inne.

Za którą częścią mojego obecnego życia będę kiedyś tęsknił?

Być może odpowiedź nie będzie dotyczyła rzeczy, na które teraz najbardziej czekamy. Może któregoś dnia będziemy wspominać zwyczajny poniedziałek, kiedy rodzice byli jeszcze zdrowi, ciało pozwalało bez większego zastanowienia wyjść pobiegać, kilku najlepszych przyjaciół mieszkało niedaleko, a przed nami wciąż znajdowała się absurdalnie duża liczba możliwych dróg.

Problem polega na tym, że dobre czasy bardzo często rozpoznajemy dopiero wtedy, kiedy przestają być teraźniejszością.