Co zbliża rozmówców

W 1997 roku Arthur Aron wraz ze współpracownikami opublikował badanie, w którym zaproszono do laboratorium ludzi wcześniej sobie nieznanych. Uczestników łączono w pary i proszono, aby przez kilkadziesiąt minut rozmawiali według ustalonego zestawu pytań. Zaczynali od spraw stosunkowo lekkich, takich jak wybór wymarzonego gościa na kolację. Z czasem przechodzili do tematów bardziej osobistych: ważnych wspomnień, rodzinnych relacji i tego, czego obawiają się w przyszłości.

Badanie stało się później internetową sensacją jako „36 pytań, żeby się zakochać”. Aron i jego zespół próbowali jednak sprawdzić coś skromniejszego i bardziej interesującego: czy stopniowe, wzajemne ujawnianie osobistych informacji może zwiększać poczucie bliskości między ludźmi, którzy dopiero się poznali. Wyniki sugerowały, że odpowiednio poprowadzona rozmowa rzeczywiście może temu sprzyjać. Nie oznacza to, że określona lista pytań wywołuje miłość ani że bliskość da się zbudować według niezawodnej instrukcji.

W tej historii ważniejsze od samych pytań jest to, co działo się między rozmówcami. Kiedy jedna osoba mówiła o sobie coś bardziej osobistego, druga nie tylko słuchała, ale później również odsłaniała część własnego doświadczenia. Obie stopniowo przekraczały granicę zwykłej wymiany informacji. To właśnie wzajemność sprawiała, że rozmowa zaczynała przypominać spotkanie dwojga ludzi, a nie formularz wypełniany na głos.

Tymczasem wiele naszych codziennych rozmów zatrzymuje się dużo wcześniej. Wyobraźmy sobie imprezę, na której znamy tylko gospodarza. Ktoś nas przedstawia, pytamy nowo poznaną osobę o pracę, miasto i ostatni wyjazd. Odpowiedzi są uprzejme, a jednak po pięciu minutach wciąż niewiele o sobie wiemy. Nie zawsze dlatego, że druga osoba była mało ciekawa. Czasem po prostu zbyt szybko przeskakiwaliśmy do następnego tematu.

Jeśli ktoś mówi, że właśnie wrócił z Islandii, łatwo odpowiedzieć własną historią o Norwegii. To naturalne skojarzenie i często dobry sposób na podtrzymanie rozmowy. Można jednak zostać przy jego opowieści chwilę dłużej i zapytać, co najbardziej go tam zaskoczyło. W pierwszym przypadku pokazujemy, że mamy podobne doświadczenie. W drugim — że naprawdę chcemy dowiedzieć się czegoś o jego doświadczeniu.

Pytania i słuchanie

Badania nad interakcjami społecznymi wskazują, że osoby zadające więcej pytań, zwłaszcza odnoszących się do wcześniejszych odpowiedzi rozmówcy, bywają oceniane jako bardziej sympatyczne. Nie muszą opowiadać niezwykłych historii ani imponować erudycją. Często wystarcza umiejętność zauważenia w cudzym zdaniu szczegółu, przy którym warto się zatrzymać.

To nieco przewrotne, ponieważ przed spotkaniem z obcymi ludźmi najczęściej myślimy przede wszystkim o sobie. Zastanawiamy się, co powiedzieć, jak zabrzmimy, czy rozmowa nie utknie i czy w większej grupie uda nam się zabrać głos. Cała uwaga kieruje się wtedy do środka. Im staranniej próbujemy kontrolować własne zachowanie, tym trudniej czasem usłyszeć, co naprawdę mówi druga osoba.

Wystarczy drobne skojarzenie, aby słuchanie zamieniło się w oczekiwanie na swoją kolej. Rozmówca opowiada o trudnej przeprowadzce, my przypominamy sobie własną i zaczynamy w głowie układać historię. Nadal słyszymy słowa, ale część uwagi poświęcamy już temu, jak wypadnie nasza odpowiedź. To jedna z subtelnych przeszkód dobrej rozmowy: nie trzeba komuś przerywać, żeby przestać go słuchać.

Psychologowie badający bliskie relacje posługują się pojęciem responsywności partnera, oznaczającym między innymi odczucie, że druga osoba nas rozumie, zauważa i reaguje na to, co dla nas istotne. Samo milczenie nie wystarcza. Dobry słuchacz czasem dopytuje, czasem pokazuje zaskoczenie, a czasem zatrzymuje się przy fragmencie, który łatwo byłoby pominąć.

Ktoś może powiedzieć, że po pół roku mieszkania w Warszawie wrócił do Krakowa, ponieważ zupełnie się tam nie odnalazł. Pytanie o powód powrotu jest rozsądne. Ale bardziej otwarte może okazać się zainteresowanie tym, co właściwie znaczyło owo „nie odnalazłem się”. W takim sformułowaniu kryje się często cała opowieść: o samotności, zmianie rytmu życia, tęsknocie albo wyobrażeniach, które nie wytrzymały zderzenia z codziennością.

Zaskakująco wielu ludzi ma historie, których nie da się wyczytać z pierwszych informacji o ich pracy czy miejscu zamieszkania. Księgowy może opowiedzieć o kilku latach spędzonych na morzu. Osoba przedstawiająca się jako nauczycielka może fotografować nocne burze. A ktoś, kto nie ma spektakularnego hobby, może świetnie opowiedzieć o tym, jak ludzie zachowują się, gdy niewielka rodzinna firma przeżywa kryzys. Takie historie rzadko pojawiają się po dwóch pierwszych pytaniach. Potrzebują czasu i przekonania, że ktoś naprawdę chce ich wysłuchać.

Ciekawość bez przesłuchania

Ciekawość nie oznacza jednak niekończącego się wypytywania. Psycholog Sidney Jourard zajmował się samoujawnianiem już w połowie XX wieku, a późniejsi badacze wielokrotnie wracali do roli wzajemności w budowaniu relacji. Jeśli jedna osoba ujawnia coś osobistego, a druga odpowiada wyłącznie kolejnymi pytaniami, rozmowa może zacząć przypominać przesłuchanie. Bliskość rozwija się łatwiej wtedy, kiedy obie strony wnoszą do niej coś ze swojego świata.

Wyobraźmy sobie, że ktoś wspomina o lęku przed przeprowadzką do miasta, w którym nikogo nie znał. Można odpowiedzieć krótkim wspomnieniem własnych pierwszych samotnych wieczorów po podobnej zmianie, a potem wrócić do jego doświadczenia. To drobny gest, ale pokazuje, że nie zbieramy jedynie cudzych historii. Sami również jesteśmy obecni w rozmowie.

Dlatego dobre rozmowy rzadko przebiegają według planu. Wspomnienie o wakacjach we Włoszech może prowadzić do pytania o podróżowanie w pojedynkę, następnie do doświadczenia samotności, a stamtąd do przyjaźni albo decyzji, które trudno podejmować bez wsparcia. Każda kolejna myśl wynika z poprzedniej. Z zewnątrz wygląda to jak swobodne błądzenie, ale właśnie wtedy rozmówcy odkrywają wspólny sposób patrzenia na świat.

Nie każda wymiana zdań musi jednak prowadzić do osobistego wyznania. Czasem druga osoba jest zmęczona, nie ma ochoty mówić o sobie albo po prostu nie znajduje z nami wspólnego języka. Uszanowanie tego także należy do sztuki rozmawiania. Pytania działają najlepiej jako zaproszenie, nie metoda wydobywania informacji.

Pomaga również zaakceptowanie, że pierwsze minuty spotkania z kimś nowym bywają niezręczne. Ze starym przyjacielem mamy ogrom wspólnego kontekstu: wystarczy wspomnieć wydarzenie sprzed lat, żeby przywołać całą historię. Z obcym człowiekiem taki kontekst dopiero powstaje. Pytania o pracę, miasto czy znajomość z gospodarzem nie są więc bezwartościowe. Są wejściem do rozmowy. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy przez cały wieczór nie wychodzimy poza ten etap.

Nawet cisza nie musi oznaczać porażki. Kilka sekund milczenia często odczuwamy jako znacznie dłuższe, niż są w rzeczywistości, i odruchowo próbujemy je czymś zapełnić. Tymczasem chwila namysłu bywa potrzebna, aby odpowiedź wyszła poza pierwszy, automatyczny odruch. Przy niektórych ludziach można pozwolić sobie na takie pauzy bez poczucia, że trzeba natychmiast ratować sytuację.

Po dobrym spotkaniu nie zawsze pamiętamy, jakie błyskotliwe rzeczy powiedziała druga osoba. Nieraz najlepiej pamiętamy to, co sami zdołaliśmy jej opowiedzieć, i swobodę, z jaką przyszły nam słowa. To szczególny rodzaj umiejętności: stworzyć komuś warunki, w których może być trochę bardziej sobą.

Nie wymaga to kolekcji anegdot ani gotowej listy tematów na każdą okazję. Czasem wystarczy nie spieszyć się z własną historią, gdy ktoś dopiero zaczął swoją. W jednym zdaniu można znaleźć znacznie więcej, niż słychać przy pierwszym odsłuchaniu.