Wydatki doganiają dochody
W 1955 roku brytyjski historyk i pisarz Cyril Northcote Parkinson opublikował w „The Economist” żartobliwy esej o administracji. Sformułował w nim obserwację, która szybko wyszła poza biura: praca ma tendencję do rozszerzania się tak, aby wypełnić czas, jaki jej przeznaczono. Kiedy na przygotowanie raportu mamy tydzień, nietrudno znaleźć zadania, które zajmą cały tydzień. A jeśli dostajemy na niego tylko jedno popołudnie, nagle okazuje się, że część z nich nie była niezbędna.
Z pieniędzmi dzieje się czasem coś podobnego. Kiedy rosną dochody, rośnie też przestrzeń do wydawania, a codzienne potrzeby potrafią niemal niezauważalnie dostosować się do nowych możliwości. Nie jest to nieuchronne prawo gospodarki. To raczej jedna z tych ludzkich skłonności, które trudno zauważyć, dopóki nie obejrzymy się za siebie.
Pierwsza większa podwyżka bywa prawdziwą ulgą. Na koncie zostaje więcej pieniędzy, można zarezerwować lepszy nocleg bez wielogodzinnego porównywania ofert, a obiad w restauracji przestaje być czymś, co wymaga planowania. Przez jakiś czas różnica jest wyraźna. Po kilku miesiącach nowe zarobki stają się jednak zwykłą pensją, a rzeczy, które wcześniej wydawały się luksusem, zaczynają należeć do normalnego tygodnia.
Wyobraźmy sobie człowieka, który jeszcze kilka lat temu zarabiał sześć tysięcy złotych miesięcznie. Mieszkał w niewielkim mieszkaniu, jeździł używanym samochodem i przed większym zakupem zaglądał na konto. Z czasem jego kariera przyspieszyła. Zarabiał osiem, później jedenaście, w końcu piętnaście tysięcy. Teoretycznie mógłby zachować dawny standard życia i odkładać znaczną część pieniędzy. W praktyce sytuacja zwykle nie jest tak prosta.
Zarobkom zaczęły towarzyszyć nowe przyzwyczajenia. Mieszkanie stało się wygodniejsze, samochód nowszy, podróże częstsze. Doszły abonamenty, dostawy jedzenia i opłaty za usługi, które wcześniej wykonywał sam. Każda decyzja miała sens w chwili, gdy ją podejmował. Nie było jednego dnia, kiedy postanowił wydawać niemal wszystko. Po prostu granica tego, co uważał za zwyczajne, przesuwała się po kawałku.
Tak działa zjawisko nazywane inflacją stylu życia, po angielsku lifestyle inflation lub lifestyle creep. Gdy wzrasta dochód, część wzrostu wydatków jest całkowicie zrozumiała: człowiek chce mieszkać wygodniej, korzystać z dobrej opieki zdrowotnej i oszczędzać czas. Kłopot pojawia się dopiero wtedy, gdy niemal każda dodatkowa złotówka zostaje szybko przypisana do nowego stałego kosztu. Dochody rosną, ale poczucie swobody wcale nie musi rosnąć razem z nimi.
Przyzwyczajenie do nowego poziomu
Przyzwyczajenie ma tu ogromną siłę. Klimatyzacja w samochodzie była kiedyś luksusowym wyposażeniem; dziś większość kierowców nie wyobraża sobie auta bez niej. W naszym własnym życiu proces wygląda podobnie. Po wielu noclegach w dobrych hotelach przeciętny zaczyna rozczarowywać. Regularne zamawianie jedzenia sprawia, że gotowanie wydaje się uciążliwsze niż dawniej. Nawet kiedy warunki obiektywnie pozostają bardzo dobre, oceniamy je z perspektywy standardu, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić.
W historii finansów osobistych często przywołuje się Ronalda Reada, mieszkańca amerykańskiego Vermont, który pracował między innymi na stacji benzynowej i jako woźny. Prowadził skromne życie, a przez dziesięciolecia gromadził akcje przedsiębiorstw. Gdy zmarł w 2014 roku, pozostawił majątek liczony w milionach dolarów. Jego przypadek jest nietypowy i nie stanowi obietnicy, że podobny rezultat osiągnie każdy oszczędzający. Pokazuje jednak coś ważnego: wysokość konsumpcji i wysokość majątku to zupełnie różne rzeczy.
Read miał przez dużą część życia znaczną różnicę między tym, ile pieniędzy posiadał, a tym, ile potrzebował na codzienne wydatki. Ta różnica nie rzuca się w oczy. Nie stoi na podjeździe, nie nosi logo i trudno zrobić jej zdjęcie. A jednak właśnie ona decyduje nieraz o tym, jak dużo mamy miejsca na nieprzewidziane wydarzenia.
Dwie osoby mogą zarabiać bardzo podobnie, a żyć pod zupełnie inną presją. Jedna z nich utrzymuje kosztowne mieszkanie, spłaca samochód i kilka rat, a oszczędności wystarczają jej na kilka tygodni. Druga wydaje mniej i ma odłożone pieniądze na wiele miesięcy. Jeśli obie stracą pracę albo zechcą odejść z firmy, która zaczęła je wyniszczać, ich możliwości będą zupełnie różne.
W tym sensie oszczędności nie są wyłącznie pieniędzmi odłożonymi na zakup czegoś większego. Dają wybór. Pozwalają odrzucić niekorzystne zlecenie, zmienić pracę bez pośpiechu, pomóc bliskiej osobie albo poświęcić kilka miesięcy na projekt, który nie przynosi jeszcze dochodu. Taka swoboda jest mniej widowiskowa od nowego samochodu, ale dla wielu ludzi może być znacznie cenniejsza.
Pieniądze jako możliwość wyboru
Istnieje tu pewien paradoks: najłatwiej pokazać innym, że mamy pieniądze, wydając je. Samochód dowodzi, że ktoś był w stanie go kupić albo sfinansować, ale nic pewnego nie mówi o tym, ile zostało mu na koncie. Duży dom nie zdradza wysokości kredytu. Zdjęcie z egzotycznych wakacji nie pokazuje, czy podróż opłacono z nadwyżki, czy z długu. Część prawdziwego majątku jest z natury niewidoczna, bo składa się z pieniędzy, których nie wydano.
Nie znaczy to, że rozsądny człowiek powinien żyć jak asceta. Odkładanie wszystkiego na przyszłość również może prowadzić na manowce. Pieniądze mają służyć życiu, a życie nie zaczyna się dopiero w chwili osiągnięcia wybranego salda. Dobry rower, podróż albo wygodne mieszkanie mogą dawać realną przyjemność i ułatwiać codzienność. Ważne, żeby decyzja o takim wydatku była świadoma, a nie wynikała wyłącznie z nowo osiągniętego poziomu zarobków.
Najbardziej zdradliwe są koszty stałe, ponieważ łatwo stają się nowym minimum. Wyższy czynsz, rata samochodu lub kilka kolejnych abonamentów nie wydają się problemem w miesiącu, w którym podpisujemy umowę. Później zaczynają jednak pojawiać się regularnie, niezależnie od tego, czy mamy lepszy, czy gorszy okres zawodowy. Gdy dochód spada, nie znikają wraz z nim.
Dodatkowy tysiąc złotych miesięcznie przeznaczony na samochód oznacza dwanaście tysięcy złotych rocznie i sześćdziesiąt tysięcy w ciągu pięciu lat, nie licząc potencjalnych kosztów finansowania i tego, na co inaczej mogłyby zostać wykorzystane te pieniądze. Nadal może być to znakomity zakup. Samo spojrzenie na jego pięcioletnią cenę zmienia jednak sposób, w jaki go oceniamy.
Ostatecznie trudno wskazać jedną najważniejszą liczbę w finansach osobistych. Dla kogoś bez stabilnego dochodu kluczowe będą pieniądze na podstawowe potrzeby. Dla innej osoby liczyć się będzie przede wszystkim zadłużenie, majątek albo długość finansowej poduszki bezpieczeństwa. Jest jednak liczba, którą łatwo przeoczyć, zwłaszcza gdy zarabia się coraz lepiej: koszt życia, który zaczęliśmy uważać za niezbędny.
Kiedy dochody rosną szybciej od tej liczby, pojawia się przestrzeń na wybór. Kiedy obie rosną niemal równolegle, można przez lata odnosić zawodowe sukcesy i nadal żyć od wypłaty do wypłaty. Różnica jest niewidoczna z zewnątrz, ale można ją poczuć w zwyczajny poniedziałkowy poranek, kiedy okazuje się, że nie każda decyzja musi być podporządkowana kolejnemu przelewowi.