Kiedy dobre staje się zwyczajne

W 2012 roku Paul Piff, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, wraz ze współpracownikami stanął przy ruchliwym skrzyżowaniu w rejonie Zatoki San Francisco. Badacze obserwowali kierowców zbliżających się do przejścia dla pieszych i sprawdzali, którzy z nich ustępują pierwszeństwa. Klasyfikowali również samochody według cech kojarzonych z ich statusem. W tej próbie kierowcy droższych aut częściej nie ustępowali pieszym. Podobną zależność zaobserwowano podczas pomiarów zachowania na skrzyżowaniu.

Badanie szybko znalazło drogę do gazet. Łatwo było opowiedzieć je jako historię o tym, że bogatsi ludzie zachowują się gorzej. Problem w tym, że taki nagłówek mówi więcej, niż pozwala ustalić pojedynczy eksperyment obserwacyjny. Późniejsze prace nad związkiem statusu, zamożności i zachowania przyniosły wyniki znacznie bardziej złożone. Na to, jak traktujemy innych, wpływają nie tylko pieniądze, lecz także otoczenie, normy społeczne, doświadczenia i poczucie bezpieczeństwa.

Historia Piffa przypomina jednak o czymś, co łatwo zobaczyć również bez stania przy skrzyżowaniu: człowiek niezwykle szybko przyzwyczaja się do warunków, w których żyje. Rzeczy, które jeszcze niedawno były powodem do radości, z czasem stają się zwykłym elementem tła.

Pierwszy dzień w nowym mieszkaniu ma własną atmosferę. Oglądamy pokoje, otwieramy szafki, sprawdzamy widok z okna. Przez kilka kolejnych tygodni zdarza się jeszcze pomyśleć, że to naprawdę nasze miejsce. Rok później najwięcej uwagi potrafi przyciągać szafka, która nie chce się domknąć. Podobnie bywa z samochodem. Początkowo szukamy pretekstu do przejażdżki, potem auto staje się po prostu środkiem transportu, a w końcu zaczynamy dostrzegać, że nowszy model ma lepsze wyciszenie.

Psychologowie mówią w takich sytuacjach o adaptacji hedonicznej. Nie jest to proste prawo, według którego po każdym sukcesie i każdej stracie wracamy do identycznego poziomu szczęścia. To raczej opis naszej zdolności do oswajania nowych okoliczności. W wielu sytuacjach ta zdolność pomaga funkcjonować. Gdyby dobry dzień przez resztę życia wywoływał tę samą euforię, trudno byłoby myśleć o czymkolwiek innym. Gdyby każde niepowodzenie zawsze bolało tak samo jak na początku, życie po stracie mogłoby stać się nie do zniesienia.

Ta sama umiejętność, która pozwala nam przetrwać trudne okresy, sprawia jednak, że czasem przestajemy zauważać dobre.

Dochody i porównania

Pieniądze są jednym z obszarów, w których widać to szczególnie wyraźnie. Gdy ktoś martwi się, czy starczy mu na czynsz, jedzenie albo naprawę samochodu potrzebnego do pracy, dodatkowy dochód rozwiązuje rzeczywisty problem. Kupuje spokój, możliwość odmowy kiepskiego zlecenia, dostęp do opieki i margines bezpieczeństwa. Trudno przecenić wartość pieniędzy tam, gdzie ich brakuje.

Wraz ze wzrostem dochodów zmienia się jednak to, co za nie kupujemy. Zamiast usuwać pilne problemy, zaczynamy poprawiać rzeczy, które już działają. Większe mieszkanie, wygodniejszy fotel w samolocie, cichszy samochód, lepszy hotel — wszystko to może rzeczywiście poprawiać jakość życia. Jednocześnie nowy standard staje się punktem odniesienia. To, co wczoraj wydawało się luksusem, jutro zaczyna wyglądać jak oczywistość.

W latach dziewięćdziesiątych ekonomiści Sara Solnick i David Hemenway badali, jak ludzie oceniają własny dochód w porównaniu z dochodami innych. W jednym ze znanych pytań ankietowych przedstawiano dwa hipotetyczne światy. W pierwszym respondent zarabiałby 50 tysięcy dolarów, a pozostali 25 tysięcy. W drugim sam otrzymywałby 100 tysięcy, podczas gdy inni 200 tysięcy. Dla części badanych bardziej atrakcyjny okazywał się pierwszy wariant, mimo niższego dochodu bezwzględnego.

Nie wystarczy więc wiedzieć, ile mamy. Znaczenie ma również to, co mają ludzie, z którymi się porównujemy. Dawniej punktem odniesienia byli przede wszystkim sąsiedzi, znajomi czy współpracownicy. Dziś wystarczy kilkanaście minut w telefonie, żeby obejrzeć czyjś apartament w Nowym Jorku, sportowy samochód w Dubaju, egzotyczny urlop i imponującą sylwetkę zawodowego sportowca. Wszystko to miesza się w jeden obraz „normalnego” życia, choć w rzeczywistości składa się z najbardziej efektownych fragmentów życia zupełnie różnych osób.

Z takim punktem odniesienia nawet przyzwoita codzienność zaczyna wyglądać skromnie. Nie dlatego, że obiektywnie stała się gorsza. Zmieniło się tylko tło, na którym ją oceniamy.

Są jednak doświadczenia, które trudniej sprowadzić do porównania modeli i cen. Dobry samochód z czasem przestaje robić wrażenie. Dobra rozmowa potrafi pozostać dobra mimo setek podobnych wieczorów. Muzyka, ruch, wspólne gotowanie, spotkanie ze znajomymi czy spacer po lesie nie są wolne od przyzwyczajenia, ale mają pewną przewagę nad przedmiotem: każde z tych doświadczeń jest nieco inne.

Wartość zwykłych chwil

Rower może pozostać ten sam, ale trasa poprowadzi w nieznane miejsce. Przy tym samym stole można usłyszeć historię, której wcześniej nikt nie opowiadał. Przyjaciel, którego znamy od lat, może powiedzieć coś, co nagle pozwala zobaczyć go inaczej. Właśnie dlatego badania nad dobrostanem tak często kierują uwagę na relacje i przeżycia. Nie chodzi o moralną wyższość wspomnień nad przedmiotami, lecz o to, że relacja czy doświadczenie zmienia się w czasie, podczas gdy nowość przedmiotu zwykle nie trwa długo.

Bywa też, że najcenniejsze chwile niemal nie nadają się na efektowne zdjęcie. Kolacja z rodzicami, pizza z przyjaciółmi, zwyczajny wtorkowy trening, spacer po okolicy. Nic, co odróżniałoby jeden dzień od tysiąca innych. Dopiero gdy któreś z tych doświadczeń staje się niemożliwe, zaczynamy widzieć jego szczególną wartość. Po śmierci bliskiej osoby rodzinny stół wygląda inaczej. Po przeprowadzce znajomych spotkanie, które kiedyś organizowało się bez namysłu, wymaga miesięcy planowania. Po kontuzji zdrowe kolano potrafi urosnąć do rangi rzeczy, o której myślimy każdego dnia.

To jedna z bardziej przewrotnych cech dobrego życia: wiele jego najważniejszych elementów jest tak łatwo dostępnych, że nie musimy zwracać na nie uwagi. Ich wartość odsłania się dopiero wraz z możliwością utraty.

Nie oznacza to, że ambicję należy porzucić. Pragnienie poprawy własnych warunków pozwala ludziom wychodzić z trudnych sytuacji, uczyć się, tworzyć i budować. Problem pojawia się raczej wtedy, gdy każde osiągnięcie natychmiast staje się nowym minimum, a zadowolenie zostaje odsunięte na kolejny próg dochodów, kolejne mieszkanie czy następny etap kariery.

Możliwe, że sztuka polega na utrzymaniu dwóch perspektyw jednocześnie. Wciąż można pracować na lepszą przyszłość i od czasu do czasu zauważyć, że część rzeczy, których będziemy kiedyś najbardziej żałować, nie znajdowała się na żadnej liście zakupów. Były obecne codziennie, zwyczajne do tego stopnia, że nie wydawały się szczególnie cenne.

Aż pewnego dnia przestały być dostępne.